Robert Tomanik to wytrawny instruktor wędkarski, który ponad dwadzieścia lat spędził za granicą, gdzie mieszkał i oddawał się łowieniu ryb. Ostatecznie postanowił powrócić na Dolny Śląsk, by tam dalej realizować swoje marzenie. W trakcie rozmowy opowiada o początkach swojej przygody, o charakterze zagranicznych łowisk, zasadzie „catch and release” oraz o trudnościach wynikających z pracy zawodowego przewodnika.
Spis treści
Opowiedz o swoich pierwszych krokach nad wodą.
Moja historia z wędkarstwem rozpoczęła się, gdy miałem sześć lat. Do tego hobby zachęcił mnie ojciec, który regularnie zabierał mnie nad rzekę lub jezioro. Do dziś mam w pamięci moją pierwszą rybę – karpia mierzącego dokładnie 27 centymetrów. Tak bardzo zależało mi na zabraniu go do domu, że ukryłem go w zaroślach, choć ojciec nakazał wypuszczenie. Schowałem go tak starannie, że potem już go nie odnalazłem. Dziś wspominam tamten moment z uśmiechem na twarzy. Od najmłodszych lat każdą wolną chwilę spędzałem nad wodą. Niekiedy wolałem wybrać się na ryby zamiast do szkoły, ponieważ tylko tam mogłem oczyścić myśli, uspokoić się i poczuć prawdziwą wolność. Już wtedy wiedziałem, że wędkarstwo to zajęcie, które naprawdę kocham i przy którym nie muszę niczego udawać – mogę po prostu być sobą.
W którym momencie uznałeś, że chcesz zostać zawodowym przewodnikiem?
Myślę, że to marzenie narodziło się jeszcze w dzieciństwie. Zawsze chciałem zajmować się tym
Zrodlo: kuriergmin.pl
