ET Tumason 21.02.2009r Stary Gramofon

ET gra dzikiego bluesa
ET to nie kosmita z wielką głową, na cienkiej szyi i żarówką w palcu, ale szczupły, długowłosy młodzieniec z gitarą. Ma też nazwisko. Tumasson. I gra bluesa. Ale jakiego. To chyba najdzikszy blues z delty Missisipi, jaki można zagrać na gitarze akustycznej. Dodamy jedynie, że ET pochodzi z Islandii, po której spodziewałby się człowiek raczej bluesa depresyjnego i dołującego, a nie energii jak po wypiciu czterech Tigerów. Najwyraźniej ET nie pasuje do zimnych islandzkich krajobrazów. Wydaje się, że ET nigdzie nie pasuje.
Islandię opuścił w wieku 18 lat i następnych kilka spędził na wędrówce po Europie. Szczególnie do gustu przypadły mu Berlin i Kopenhaga. Tam zatrzymał się na dłużej, grając po różnych klubach. Podobno każde z nich opuścił z powodu kobiety, ale ile w tym prawdy, wie tylko sam ET. W lutym był w Polsce i na szczęście Wołów znalazł się w jego rozkładzie jazdy.
Już przed koncertem po mieście krążyły różne opowieści, jak choćby ta z koncertu w Poznaniu, a raczej z tego co się działo po nim, kiedy to ET miał raczyć się piwem do trzeciej w nocy, a kiedy brakło kompanów, ruszył na miasto w poszukiwaniu miłości, choćby płatnej i szukał jej bezskutecznie do rana. Albo wieść, że przyjedzie do Wołowa mokry, bo po drodze z Wrocławia tarzał się w śniegu.
Na dwie godziny przed koncertem ET pojawił się w towarzystwie organizatora trasy. W słynnym już swetrze, który ma chyba na każdym koncercie i foliówkach wystających z butów, które przemokły mu od śniegu. Ksywka ET, którą, jak się okazało nadali mu przyjaciele z dzieciństwa, pasowała do niego jak ulał. Był rzeczywiście jak z kosmosu. Zdawał się nie przejmować za bardzo swoimi mokrymi butami, a suche obuwie zorganizowali mu dopiero dobrzy ludzie z Wołowa. Bardziej interesowało go piwo.
Ale to nie otoczka koncertu była ważna, ale sama muzyka, a ta najzwyczajniej w świecie wystrzeliwała z butów i prosto w kosmos. Nikt nie podejrzewał, (poza kilkoma osobami, które przed koncertem sprawdziły profil ET na Myspace) że gitara akustyczna może być instrumentem, którym można oddać dzikość rodem z dżungli. Tempa do jakich potrafił podkręcić swoje piosenki Tumasson były zabójcze, a gitara zawodziła i jęczała, idealnie wpasowując się w śpiew ET, który głosem przypominał starego murzyna. Można było słuchać bez końca, ale po 45 minutach Islandczyk nie tylko wyczerpał repertuar, ale i siły. Nic dziwnego, skoro wyglądał, jakby grał i śpiewał całym sobą.
Kto nie był, albo wszedł i zrezygnował, bo nie było wolnego stolika, a nie chciało mu się postać trzy kwadranse, niech żałuje. Takiego bluesa nie usłyszycie w Wołowie jeszcze przez długi, długi, długi czas. Szczególnie, że ET po trasie w Polsce zamierza osiedlić się na jakiś czas w Pradze. Podejrzewam, że Czesi pokochają go i tak szybko nie wypuszczą. Dobrze, że do Pragi mamy bliżej niż do Berlina.

broda

Categories: Kultura, Relacje z imprez

About Author

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Blocker